Anna Wakulik

Wpisy

  • wtorek, 02 sierpnia 2011
    • Traktat przy rozpakowywaniu walizki

      Nie ma nic smutniejszego niż rozpakowywanie walizki w Warszawie. No, to normalne- co można powiedzieć o Londynie, to jedynie to, że niewątpliwie istnieje, jak Moskwa i jak Nowy Jork, a gdy się go dotknie, to przestaje być centrum świata. Ale i tak- wraca się i nie wiadomo, co robić, stopy potykają się o chodnik, kubki w domu nie pasują do dłoni, zostawia się kurtkę w autobusie i trzeba go gonić taksówką z walizkami w rękach. Resztki słońca z wysp robią jeszcze opaleniznę na moich piersiach i to mnie cieszy. 
      Jest wczoraj. Godzina późna. Te rzeczy, które miesiąc temu były nieużyte, teraz są pomięte, pełne kurzu, na moich soczewkach kontaktowych czuję ten brud, przewieziony nielegalnie przez kilka granic. Dym w kuchni przejeżdża między twarzą moją a T. szybko jak pociąg intercity i co powinnam mu powiedzieć, to tylko: dobrze, że jesteś. Ale zamiast tego, za bardzo trzeźwa, żeby być pijaną, i za bardzo pijana, żeby być trzeźwą, mówię: może już pójdziesz, chcę teraz położyć się i spędzić sześćset lat na dnie mojej żałoby? A rano: jakbyś zabił tego pana z sekatorem na podwórku i mógł pożyć za mnie w tym tygodniu, to będę wdzięczna, wrócę sobie w to słynne dla borderline nic. Ale potem czyta mi na głos Tokarczuk i wróży z ręki i myślę, że nie jest najgorzej.
      Miałam jeszcze napisać o tym, że dzień przed odlotem na Okęcie byłam na dyskotece jak z Sex and The City. Była to dyskoteka Factory, "unique clubbers paradise". Poszłyśmy tam z Francescą, ona w dresie po grillu, ja w swetrze szarym i z torbą o rozmiarach listonoszowskiej. Po uiszczeniu opłaty 15 funtów, co mnie zabiło i kazało czuć się winną, przeszłyśmy przez szesnaście bramek i korytarzy, by dostać się na parkiet, który niestety przypominał mi rodzimą dyskotekę "Piękni, młodzi i bogaci", a jest ona piekłem na ziemi, jest czymś, czego nigdy ze swoim za niskim ciśnieniem i socjopatią zrozumieć nie mogłam. Gdzieś tam to kumam- należy ubrać się jak Amy Winehouse, Adele bądź Lady Gaga i iść wypocić z siebie cały ten tydzień jeżdżenia metrem i chodzenia do pracy, wyrzucić z siebie kurz, brud i niespełnione marzenia. Trzeba się włączyć w jedno wielkie pulsujące ciało, uporządkowane i drgające ("jesteście ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami"- czy to nie o tym?). Należy porzucić swoje stroje, teczki i tożsamości, by na kilka godzin zanurzyć się w półmroku i bezczasie, wdychać pot bardzo blisko siebie stojących ludzi. Szczególnie wzruszający są czterdziestolatkowie w różowych tiszertach i ciemnych okularach, lekko sflaczali i budzący we mnie uczucia mocno opiekuńcze. Oni też chcą się ogłuszyć i żeby to ogłuszenie było totalne, a nie tylko wkurzające jak komar, codzienne, miejskie, nijakie. I tu powrócę do wątku, który jest moją idee fixe: jak człowiek robił w polu, a nie siedział przed laptopem, to Factory z wciągającymi kokę młodzieńcami brytyjskimi nie musiało istnieć.
      No i idę się teraz pociąć, załzawić i spróbować wrócić do normalności, w której 99,9% mijanych na ulicy ludzi jest białych. Chociaż to mi nawet nie przeszkadza, bo po TRC jestem trochę jak dziewczęta na stacji Liverpool Street w sobotni wieczór- rozochocona i choć nie jest mi zbyt wygodnie w założonych obcasach, jakoś tam sobie radzę i nie daję nic po sobie poznać. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Traktat przy rozpakowywaniu walizki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      awakulik
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 sierpnia 2011 00:25
  • sobota, 30 lipca 2011
    • Wpis bez tytułu

      Bardzo mała rzecz na dziś: dlaczego nie wiedziałam tu jeszcze reżysera ani aktora w utłuszczonej czapce w trzydziestostopniowym upale, spodniach-rurkach, z włosami na zielono, w okularach marki Ray Ban bądź rzucających się w oczy butach- choć widziałam przedstawicieli tych zawodów około siedemdziesięcioro? To podłe oceniać ludzi po wyglądzie, wiem, niejaka jednak antropologiczna dociekliwość każe mi pytać, czy zaklajstrowywanie braku pewności siebie odzieżą vintage w kolorach tęczy nie jest czymś, co zawsze mnie odstręczało (kompleksy, Wakulik,kompleksy!)? Zamiast skacowanej reżyserki z szesnastoma kolczykami, posiadającej silnie lewicujące poglądy wyczytane z gazet, przyszła do mnie Ria w dżinsach, zawsze była punktualna i rozmawiała ze mną o tekście nie używając słów "fantazmat", "dyskurs", "idea". Nie widziałam też ani jednego schlanego człowieka, a przyrzekam, bar w The Royal Court jest grzechu wart. To jest mój mały pean na temat mentalności wyspiarskiej. Jednak filozofowie stąd to filozofowie, których da się czytać i którzy zajmują się życiem i żeby było ono jak najlepsze, a niemieccy szaleńcy grzebią w odmętach swoich dusz i co- i nic, co najwyżej cztery osoby mogą na ten temat napisać doktorat. Daj nam Boże szczyptę takiej racjonalności, to może uda nam się zbudować drugą linię metra przed 2016 i nie będę tak bardzo przeżywać przesiadki z Victoria Line na Jubilee.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      awakulik
      Czas publikacji:
      sobota, 30 lipca 2011 02:01
  • środa, 27 lipca 2011
    • Z pamiętnika pensjonarki




      Jak tu nie opisać rzeczywistości, która sama przychodzi do mnie? Przyjechałam tu z pewnym zamiarem matrymonialnym, chciałam na przykład poznać uroczego mężczyznę, który byłby dla mnie jak Leonard Woolf dla Virginii. Niestety, nie wyszło, głównie z przyczyn zamknięcia w teatrze lub swojej prywatnej hotelowej celi, ale też dlatego, że nie potrafię nie odpowiedzieć ironicznie na "how are you?" i nie każdy rozumie "if you can spend two hours with me- I can answer you". Miałam iskierkę zakochania w aktorze, ale kto zna aktorów, ten wie, że nie można jej nie mieć, zwłaszcza gdy są postacią, którą napisało się z wielką miłością; pomijam niemożliwość bycia smart w języku angielskim i pokazania, jak bardzo jest się fajnym, zagadkowym, oczytanym i jak bardzo powinieneś żałować, biedaku, że nie masz mnie na co dzień, codziennie działałabym na ciebie słowotwórczo, codziennie miałbyś ze mną takie gierki, a jakbyś chciał, to mogłabym też się zamknąć i milczelibyśmy tak sobie w języku, który oboje znamy.
      Ale do czego dążę: okoliczności mieszkaniowe rzuciły mnie w dzielnicę, gdzie co rano słyszę przez półmetrową szparę między moją kuchnią a kuchnią sąsiadów kłótnię w niezdefiniowanym języku inkrustowanym angielszczyzną. Polaków spotykam w spożywczym lub w banku ("ej, chcesz coś na tak zwaną przegryzkę, może paluszki, te cebulowe lubisz? Weź może truskawki też, jak są truskawki, stroberyz, stroberyz, how much? Miń tego paki i zapytaj murzyna, czy można te konto otworzyć w jeden dzień, bo jak nie, to pójdziemy, bo mała jest już mokra, zobacz jaka spocona"). Nadal wzrusza mnie półka z produktami mniejszościowymi: Royal Cheese marki Mlekpol.
      Tytułem dygresji: gdyby opisać tę kulturę na podstawie pożywienia, byłoby to dla mnie niezwykle trudne, bo z racji niskiego statusu społecznego, a tym samym niewielkich dochodów, moim głównym źródłem pożywienia jest Sainsbury`s, a z drugiej strony- knajpy, w których jestem karmiona jako osoba przebywająca na pisarskiej zsyłce. Na pewno nigdy nie widziałam tylu produktów już z lekka przerobionych, naprędce podgotowanych i dałabym sobie rękę uciąć, że także delikatnie podgryzionych, wstępnie przeżutych i tylko przez przypadek nie na wpół strawionych. Dziwna jest pietruszka- to nie jest pietruszka, której dziś pragnęłam, i ugotowane kolorowe papryki w kolorach flagi Etiopii nie smakowały w zaplanowany sposób. Również cukinie wzbudziły mój strach, bo były malutkie i absolutnie, co do milimetra równe, ale pomyślałam, że to stereotyp i wschodnie przekonanie o wyższości własnych produktów rolnych nad tymi z bogatszych krajów, więc spoko, zjadłam. Co mnie jednak boli to zestaw Fish&Chips oraz śniadanie złożone z frytek, fasoli w sosie i kawałka mięcha. Nawet ja, osoba cierpiąca za różne zaburzenia na tle jedzeniowym, wiem, że to jest samobójstwo. Opanuj się, Wielka Brytanio, trzaśnij sobie od czasu do czasu pomidorka miast kartofla na oleju i brownie.


      Ale do czego dążę- to refleksja o męskości. Mieszkam bowiem z młodym Niemcem, który wzrusza mnie, wzrusza swoją młodością, chudością, niezakończoną formacją tkanek kostnej, mięśniowej i innych. Ma on lat dwadzieścia i wygląda jak zdrowy chłopiec z propagandowych filmów Rzeszy. Pachnie jak szatnia w gimnazjum- przyzynaję, ja w ogóle nie znam zapachu młodości, młodych mężczyzn, nigdy na mnie nie działał. Dumnie eksponowana w łazience golarka nie musi się bać nadmiernej eksploatacji. Kiedy przyszłam tu przedwczoraj, umorusana całym miesiącem i zdeterminowana, by wyprać szmaty w normalnej pralce, zapytał mnie: czy mógłbym dołożyć do twojego prania kilka czarnych rzeczy, bo sam jeszcze nigdy tego nie robiłem? Do Olki natomiast podszedł z pytaniem, czy nie zaszyłaby mu dziury pod pachą bluzy, bo ona to tak fajnie robi. Je głównie makaron z pesto i jest od dwóch lat praktycznie przygotowywany w lecie do tego, by zostać pracownikiem firmy telekomunikacyjnej. Wrócił dziś podniecony i powiedział, że miał extreamly exciting day, bo przez dziesięć godzin robił ankietę dla ewentualnych użytkowników nowego modelu telefonu. Zrobił ją na jedenaście stron i dostał pochwałę. Zdziwiło go, gdy w pewnym momencie szef kazał wszystkim wstać i zrobić kilka ćwiczeń fizycznych frontem do komputera. Jeszcze bardziej zdziwiło go, gdy został zaproszony na firmową, darmową- can you imagine?- pizzę i piwo w piątek. To są jego praktyki, a największym jego marzeniem jest dostać się do szkoły ekonomiczno-biznesowo-handlowej w Londynie, gdzie nie będzie już żył z rodzicami, lecz sam.


      Mam nadzieję, że to nie brzmi jak naśmiewanie się, bo nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, kiedy stała się ta zmiana, że człowiek do dwudziestego roku życia nie musi prać sobie majtek? Od kiedy życie polega na klepaniu w komputer, a nie na zdobywaniu pożywienia? Czy chłopcy i dziewczynki różnią się jednak-ponieważ mimo trzech lat biologicznej różnicy czuję się, jakbym miała ich osiemdziesiąt? I czy kiedyś chłopcy byli tacy sami, czy tacy sami chłopcy chodzili po ulicach sto lat temu?


      Tu powrócę do mojego aktora i bohatera, którego gra, a w którym bardzo zakochana jest bohaterka- i wcale się jej nie dziwię, bo pachnie on przeżytym życiem, pachnie całą swoją przeszłością, samodzielnością, wyborem. Aktor natomiast mówi: "<Like>, you wrote <like>. I like the idea of like, idea of love is so much easier". No i co, jak tu nie popaść w zachwyt nad mózgiem, który produkuje takie zdanie? Chłopcy, chodźcie na lekcje erystyki raczej niż na lekcje programowania, niech sczezną koncerny i gospodarka, dajcie powód, by was podziwiać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      awakulik
      Czas publikacji:
      środa, 27 lipca 2011 02:17
  • wtorek, 26 lipca 2011
    • Wpis bez tytułu

      Cisza.
      Cisza.
      Cisza.
      Siódma rano- cisza, dziesiąta-cisza, południe-cisza, piętnasta, osiemnasta, dwudziesta druga i teraz-cisza.
      O okolicach Griffin Road David Lynch powinnien nakręcić kolejny niezrozumiały film o dziwnych wydarzeniach, ponieważ ciągle się tu czegoś boję. Olka nie wie, czego, mam nadzieję, że nawet się nie domyśla, że budzi mnie tu każdy dźwięk głośniejszy niż jedna milionowa decybela. Takie momenty ciszy pokazują ukryte struktury mojego mózgu, pulsującej galarety, która nie może funkcjonować bez metra, tłumu i huku, gubi się w tej ciszy jak we śnie o ciemnym pokoju. Jestem na krawędzi zawału, jak wtedy, kiedy z rodzicami jeździliśmy do cioci na wieś i nie mogłam spać bez poszumu tramwaju, pociągu i samochodów, a kreska horyzontu przyprawiała mnie o dreszcze- bo coś się jednak kończyło, wychodziło się w niebezpieczne dla oczu proste linie i okręgi, nie poruszało się nic poza tym osobnym światem pod stopami, pełnym żyjątek, które chcą nas zjeść.
      Siedzę więc sobie na Oli kanapie, cały dzień próbując napisać chociaż jedno zdanie nadające się do użytku teatralnego i robię wszystko inne. Węszę, gdzie może być hałas. Palce same szukają bałaganu: klik klik, Amy przedawkowała, to może klikniemy link o norweskim czubie i szatanie, pstryk, sześćdziesiąt razy na wikipedię, trzydzieści na tvn24. W tej ciszy powracają koszmarne klatki, oto idzie przyszłość, już za tydzień, moja panienko: uwierające życie miejskie, którego się nie kocha, dźwięk zamykających się drzwi tramawaju, język, który znam i nie mogę go nie słuchać na ulicy Marszałkowskiej, zapach spalonej bułki w podziemiach dworca. I dotyki, to jest jakieś dziwne, przypominają mi się faktury przedmiotów, z którymi będę musiała być w kontakcie: klamki, klapa zepsutej pralki, lada w BUWie, wiklinowa rączka koszyka od roweru. To jest strach i rozpacz, formujący się w dwie okrągłe krople spadające z oczu. To strach przed powrotem do życia, które jest jak automat, jak ciągle powtarzana reklama. Idzie się ulicą i nie wiedzi kompletnie nic, patrzy na ludzi i nie czuje ani cienia dobrego bulgotania w brzuchu. Dzwonie do Rii, żeby zabrała mnie jutro na obiad, ponieważ mam nowe monumentalne odkrycia dotyczące mojego bohatera, potem do Nic, że musimy iść na spacer, koniecznie, bo nie wytłumaczyłam jej, co dokładnie zakaz aborcji robi kobietom w kraju, z którego jestem. Zaopiekujcie się mną, dobre kobiety, weźcie mnie za rękę i zapewnijcie: jeszcze się spotkamy w Richmond, jeszcze będzie lato, jeszcze będzie taka chwila, jak w połowie lipca na Sloane Square.
      Obawiam się, że w ciszy nadchodzi czas na zmiany.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      awakulik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 lipca 2011 00:52
  • poniedziałek, 25 lipca 2011
    • PAMIĘTAJ, ABY DZIEŃ!



      Niedziela, dzień święty. Jadę autobusem 24 na Camden Town, wiedząc, że robię rzecz złą, ale nic nie poradzę, że śmierć Amy Winehouse była wiadomością dnia wczorajszego i złączyliśmy się wszyscy, pisarze z pięciu kontynentów, w bólu, smutku i konkluzji, że prowadzimy mało atrakcyjny tryb życia. Camden Town to jest to miejsce, które utożsamiam w swoim naiwnym widzeniu świata z Nowym Jorkiem, gdyż nigdy tam nie byłam i myślę, że może być właśnie tak: ktoś naćpany leży na schodach, osiemdziesięcioletni wyznawca muzyki metalowej siedzi na śmietniku i sprzedaje ręcznie kolorowane gazetki, dziewczęta konkurują ze sobą w kategorii "najbardziej vintage", ławica ludzi sunie w nieznanym celu ku górze Camden Street. Wśród chińskiego badziewia sławiącego słowo "Londyn" na wszelkiego rodzaju naklejkach, magnesach, łyżeczkach, kieliszkach i wśród sklepów z tęczowymi adidasami, na które musiałabym pracować pięć miesięcy- pojawia się młoda osoba o wyglądzie heroinistki z taśmą policyjną i wieszczy: "this is from Amy`s house, from Amy`s house!". Ciekawe, co z nią zrobi? Ja bym nie dotykała, bo boję się czarów.
      No i udałam się w te piękne, zacienione rejony, w te przestrzenie, które nigdy nie będą moje i zawsze będą mi się wydawały tylko do patrzenia, a nie do dotykania i mieszkania w nich, w budynki znane z filmów o zachodniej klasie średniej. Na Camden Road było pusto i tylko trzydziestoletni mężczyzna śpiewał "Rehab", ratując mnie przed zagubieniem się, bo po cichu podążałam za nim- podniecona, że mogę uczestniczyć w tej tragedii, odurzona świadomością, że jestem tak blisko tego, co dzieje sie w telewizorze, że mogę wyciągnąć rękę i praktycznie dotknąć tego ostygłego, biednego, udręczonego ciała; że jakby się postarać, to mogłabym zobaczyć, w czym Amy Winehouse jadła owsiankę- o ile jadła. Niestety, jak zawsze namacalna rzeczywistość kazała mi powiedzieć myśl filozoficzną: "wszystko po prostu jest", bo nie wiem, czego oczekiwałam: Disneylandu w brokacie, czarnych chmur unoszących się nad jednym z piętnastu podobnych do siebie semi-detached housów, krwi na ulicy, wyjących ludzi? Jaka skala pornografii byłaby odpowiednia, żeby mnie zaspokoić? Dom stał. Policja go pilnowała. Był mały ołtarzyk, jak te po wypadkach przy polskich drogach, tylko że obok leżały butelki wódki i puste kieliszki. Ze trzech dziennikarzy w różnych językach mówiło coś do kamer, reszta pisała na megawypasionych laptopach. Czekałam, aż zagra jakaś żałobna muzyka, aż szyscy padniemy sobie w ramiona, że taki talent, jak ją to wszystko musiało boleć, jak musiał wyglądać jej żołądek, jak bardzo pogardziła tym, co niby jest takie fajne, ja też chcę być męczennicą popkultury! Ale nic. Biedniejsi ludzie z bloków naprzeciwko wracali z siatkami z Sainsbury`s, nic nie wybuchło, nie było grzmotów i piorunów. To było rozczarowane a la Big Ben bez pocztówki- przeszłam obok niego, taki wydawał mi się mały i nieprawdziwy. Myślę, że za Dianą płakałam i w wieku lat dziewieciu napisałam do niej wiersz o śmierci tylko dlatego, że była w telewizorze. Jakbym dzisiaj była w Polsce, to też bym ryczała. A tak- pomyślałam trochę o śmierci, nie powiem co, i poszłam nad rzekę i do parku czytać Bachmann i myśleć, że jak się tu mieszka, jak się ma na co dzień taki park, to nie można nie zostać Virginią Woolf. Potem pogubiłam się na ulicach i w metrze i ostatecznie jestem u Oli na Seven Sisters, gdzie polscy chłopcy mówią "kurwa" i niosą w siatkach piwo "Żubr". Znalazłam w tureckim sklepie Polish Bread oraz Jogobella Drink Truskawka i wzruszenie moje nie miało końca. Potem Wera napisała, że jest w Oslo, ale żyje, i z radości zjadłam czarne oliwki za 89 pensów.
      I jeszcze żart na dziś. Może zacytuję: "Jesteś z Polski?To znaczy, że jesteś katoliczką?". Koniec cytatu i żartu. Good night.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      awakulik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 lipca 2011 01:58
  • czwartek, 21 lipca 2011
    • BYE BYE

      Jak powiedzieć po angielsku „ja się zapłaczę”? „I`ll be overteared”? Jak mam pokazać aktorom, że wróciłam w depresji do hotelu, we łzach, w schizofrenii katatonicznej, połamawszy nerwowymi palcami łyżeczki od kawy znalezione w kieszeni i rozdarłszy torebki cukru? Wiem, że są gorsze rzeczy, można na przykład pracować w korporacji i mieć poczucie zmarnowanego życia, ale jest mi, jakbym odprowadziła dzisiaj najukochańszą osobę na dworzec, jakby skończyły się kolonie albo jak muzyk, który musi wrócić z trasy koncertowej i nie wie, czy kocha tą swoją żonę w kapciach, czy jednak woli pijaństwo z kolegami w busie. Mam refleksję socjologiczną, że należy mieć w takich sytuacjach rodzinę, kogoś zakontraktowanego, kto przygarnie, nakarmi i napoi, i nie będzie się myśleć o walizkach i wynajętym pokoju- jedynych przedmiotach, które na ciebie czekają. Straszne są końce prób, kiedy przeorało się swoje życia, zdarło gardła do krwi, miażdżyło tekst i nieustannie myślało.

      Naprawdę nie wiem, jak jutro wstanę do nowego dnia.

      Soho, nadchodzę.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      awakulik
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 lipca 2011 21:44
    • Wpis bez tytułu

      Zamilknij, miasto, zniknijcie, ludzie, zamilknij, dyskursie i dajcie mi przez cały dzień robić tylko różnorakie pozycje jogi. Dajcie mi umrzeć na dzień i potem się obudzić. W głowie już tylko odblaski jakichś zdań, fragmenty, „that`s stuff for idiots”, „butter melting”. Ja już dzisiaj nie wiem, czy za tymi zdaniami coś stoi, czy może są zapisane na darmo, może lepiej w ogóle było ich nie napisać? To strona mroczna mojej dwubiegunowej duszy. Jasna rzecze: zaczęliśmy dziś próby w przestrzeni i nie mogłam się nie zakochać w aktorach, od rana leżę i kwiczę w reakcji na ich gesty i miny, modulację głosu, całą tą robotę, której nigdy nie odważyłabym się wykonać. Zgooglujcie sobie Paul Rhys i nie wychodźcie z zachwytu przez tydzień!

      I sprostowanie: napisałam wcześniej, że nie można lubić żadnego Teatru Narodowego. Otóż zrobiłam to w nerwach. Można kochać małe sceny! Byłam dziś na „London Road” w National i było to lovely, amazing, incredible i co kto jeszcze sobie wybierze ze słownika młodego krytyka. To, co zobaczyłam, nie było ani teatrem doc, ani musicalem, ani post, ani retro, ani nic. Piękna, czysta scena, tłum śpiewająco-mówiących aktorów, ruch sceniczny jak ta lala, rymy, rytmy, melodie wypowiadanych słów i fraz, akcenty, powtórzenia! Sztuka mówi generalnie o społeczności w obliczu zagrożenia i po raz pierwszy widziałam tak pięknie pokazaną chóralność- bez przesady, ale też nie po biednemu, jak zwykło się robić w małych produkcjach. Zamiast puszczać wideo i palić włosy aktorom na scenie w geście awangardy- zainwestowano w ludzi, którzy w przedstawieniu się pojawiają i są- oł je- brilliant. Przestrzeń była wykorzystana tak pomysłowo i prosto, że zrobiłam sobie notatki i zamierzam z tego kraść w przyszłości. I w ogóle polecam przeczytać tekst. Albo kupić bilet Wizzair w promocji i to zobaczyć- ani tu słowa o pochodzącym z miasteczka mordercy pięciu lokalnych prostytutek, ale nie można przestać o nim myśleć- kto to, dlaczego i kiedy- jak również kim, dlaczego i z jakich przyczyn były dziewczyny.

      Niebo nad Londynem szare. Ciśnienie sześćset na pięćset. Radosna, rozedrgana bezsenność.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      awakulik
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 lipca 2011 02:09
  • środa, 20 lipca 2011
    • ORKA

      Jakby się orało w polu, ale potem czuło się to miłe zmęczenie, te rosnące mięśnie, zakwasy na mózgu- takie jest pisanie trzeciej wersji sztuki. Cudownym wynalazkiem okazuje się moje upośledzenie lingwistyczne, gdyż nie mogę sobie robić smart żartów po angielsku, używam głównie bezokoliczników i zaimków osobowych. Aktorzy też nie chcą się popisywać, bo widzą pustkę rosnącą w moich oczach, jak tylko zaczynają ględzić o rzeczach sophisticated. Ria, reżyserka, trzyma lejce w dłoni. Nagle widać dziury w życiorysach bohaterów, nagle wyłazi brak zakończenia, nagle zauważa się durnotę początku dialogu. Aktora Stephena, Irlandczyka lat dwadzieścia kilka, chciałoby się zjeść na surowo, a czterdziestoletni Paul widzi WSZYSTKO, zadaje pytania o najważniejsze rzeczy. Owszem, umarłam dzisiaj ze trzy razy z wyczerpania, bo to jest jak układanie lego w wieku lat pięciu- można to robić bez końca, nie jeść i nie spać, zmieniać to i owo, uważać, żeby nie przesadzić i nie rozwalić tego domku, żeby nie ugrzęznąć w tym bałaganie- i kalorie spalają się samoczynnie.

      No i w związku z okrutnym wyczerpaniem popełniłam z Libanką grzech śmiertelny, mianowicie poszłyśmy z naszymi dużymi tyłkami do McDonaldsa zjeść smażone kartofle i toksyczne pulardy w panierce z papieru ściernego. Po wizycie w tym miejscu człowiek zawsze czuje się brudny- i proszę mi powiedzieć, czy to moja obsesja i zainteresowanie niejako naukowe kwestią kobiet-mistyczek-anorektyczek i ich dusz oraz ciał, czy może faktycznie jest w tym obiekcie jakiś pierworodny, niezmazywalny brud? I dlaczego właściwie się to je, skoro potem ma się zawał serca i żołądka? Czemu siedzi się przy tych obrzyganych stolikach i idzie do zagrzybiałego kibla, czemu sprawia mi to radość? Czy łączę się przez to mentalnie i kulturowo z USA, których nigdy nie widziałam, a chciałabym? Czy to jest ta prosta sublimacja, zaburzenie emocjonalne, czy chodzi o fallusa, seks i wyparte, abiekt oraz wstręt? Czy jakbym miała tu z kim spać, to nie kupiłabym tych frytek? To są pytania dnia dzisiejszego.

      Znalazłam też zdanie dla mojej dziecinnej bohaterki: „Myśli rosną w głowie, a dusza jest w gardle. Myśli są jak małe robaczki, a dusza jak biała kulka.”. Dwóch innych nie zapisałam od razu i uleciały, i właśnie z tego powodu chcę się zabić i daje sobie sama lańsko w myślach, więc lepiej pójdę spać.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      awakulik
      Czas publikacji:
      środa, 20 lipca 2011 01:52
  • wtorek, 19 lipca 2011
    • Enjoy!

      Otrzymawszy dziś książkę z wpisem dokonanym osobistą ręką wdowy po Haroldzie Pinterze, która pachniała piwnicą i mówiła cichutko jak przestraszone dzieci w kościele- udałam się na spotkanie z moją reżyserką i przegadałyśmy trzy godziny na tematy ogólnoludzkie: jak kłamała u pierwszej spowiedzi, że ukradła mamie rajstopy, bo nie mogła znaleźć żadnego grzechu; jak ja zostałam wyproszona z konfesjonału przez proboszcza, gdyż spisałam sobie przewinienia typu nieposprzątanie pokoju na kartce, a tak nie wolno; trochę pogadałyśmy o aborcji, trochę o Caryl Churchill i chciałam kontynuować, ale skończyła mi się w mózgu taśma z angielskim i zaczęłam przejawiać stany lękowe- dajcie mi się schować do toalety, niechże pozbieram myśli! Na szczęście trzeba było już iść do teatru na West End i całą drogę zachowywałam się bardzo socjopatycznie, udawałam w metrze, że śpię albo że mnie coś boli, bo miałam już zakwasy na twarzy od uśmiechania się- jest to bardzo tutaj popularna i fajna mina, ale nieprzyzwyczajonam.

      Poszliśmy więc do Theatre Royal Haymarket na „Rosencrantz&Guildenstern Are Dead” wujka Stopparda, który też pewnego dnia nas nawiedził i obficie rozdawał błogosławieństwo dłonią lewą. W teatrze sprzedawano orzeszki i lody w przerwie. Ale do czego chcę się tu przyznać, to to, że słowem opisującym moją wizytę w miejscu, do którego bilet kosztuje tyle, ile półroczne wizyty u fryzjera na Tamce- byłoby „enjoy”. „Uklęknij, a uwierzysz”- mawiał filozof i może to tak jest, że jak się człowiek pouśmiecha, przed spektaklem mówią mu „enjoy the show”, to potem rzeczywiście chodzi z tą trochę głupkowatą radością w sobie? A może to było po prostu ładne, może wzięła mnie prostota czarnej, acz bogatej scenografii ze zbieżną perspektywą i podłogą z desek, która była i pod stopami aktorów, i w miejscu sufitu, i że obie te powierzchnie potem były pokazane jako niebo? Może światło padające spomiędzy desek uśpiło resztki moich sił intelektualnych i nie potrafiłam sarkać jak kolega pisarz, który siedział obok mnie i mówił, że to o pedałach, fu, że to szkolne, że nie może, że wychodzi, że widział w Rosji i było piękne, ale to, to straszne, czemu oni mają kostiumy królów, ratunku. Im bardziej sarkał, tym ostentacyjniej okazywałam swoje durnowate zadowolenie, tym bardziej śmiałam się z angielskich żartów, robiłam „woooow” na widok Hamleta mówiącego „być albo nie być” do ściany, chichotałam sopranem, piszczałam altem. Boże, pomyślałam, jak trzeba nie mieć kompleksów, jak bardzo trzeba być bezpretensjonalnym jednak krajem, żeby mieć ten West End, żeby dziennikarze pisali stamtąd równie poważne recenzje, jak z offowej sceny w piwnicy, gdzie aktorzy kopulują i dostają drgawek, protestując w ten sposób przeciwko zepsuciu społeczeństwa. I to, i to jest jadalne, i to, i tamto może istnieć- czy to nie wspaniałe?

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      awakulik
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 lipca 2011 02:06
  • niedziela, 17 lipca 2011
    • Czas wolny

       

      To nie jest refleksja o teatrze ani o mieście, co pewnie w kontekście tego bloga byłoby jeszcze zrozumiałe, gdyż- czego nie wyjaśniłam na wstępie- piszę go z okazji pobytu w The Royal Court Theatre na International Residency, w czym pomogło mi znacznie British Council (brawa!) i Instytut Adama Mickiewicza ( brawa!)- w każdym razie będzie to skrawek przemyśleń na temat świata, kultury i globalizacji, będzie to znany antropologom tzw. opis gęsty.

      Chodzi mianowicie o to, że z mózgiem zlasowanym analizowaniem osobowości wszystkich trzech bohaterów mojej sztuki, udałam się wczoraj do owianego legendą Eldorado Primarku na Oxford Street. Słyszałam o nim rzeczy niesamowite i zawsze czułam się beznadziejnym nieudacznikiem, że nie wyemigrowałam na wyspy celem zarobku i możliwości nabywania dóbr w rzeczonym przybytku. Już od progu więc, gdzie stacjonowały oddziały wycieczek japońskich i rosyjskich, a piękny jak młody bóg czarnoskóry ochroniarz kazał im iść na prawo, bo blokują ruch- czułam, że idę w tę świętość, idę partycypować w wydarzeniu jak oglądanie Koloseum, jak bez mała zwiedzanie zamku w Malborku w klasie drugiej.

      Weszłam i porwała mnie fala, ławica różnorodnych, niemych przedstawicieli gatunku człowiek, mówiących językami od polskiego, przez niemiecki, francuski, nieznane mi języki arabskie, chiński, po dziwne odmiany angielskiego. Szmaty wisiały na wieszakach i cały pluton czarnych albo śniadych ochroniarzy próbował jakoś ogarnąć tą sobotnią nawałnicę, krzycząc co chwilę „przepraszam”, „uważaj”, „nie wolno”, „promocja”. Popychana międzynarodowymi ramionami co i rusz traciłam obraną przed sekundą trasę, cele, na przykład zielona sukienka za funtów osiem- znikały jak przegapione miłości, byłam deptana, poniżana, dotykana, szturchana i czułam, że to jest miejsce, gdzie można oszaleć. Ten sklep jest jak wielkie lotnisko, tylko nie ma tu porządku i sensu lotniska, nikt nie leci w żadne miejsce, nikt znikąd nie wraca. Włazi się w to jak w bagno, jak włazi się w oglądanie serialu, który na początku wydaje się nieskończenie durny, ale po piątym odcinku chciałoby się już obejrzeć wszystkie do trzynastego w jedną noc, z zapartym tchem. Miałam coś takiego przy butach: sandały turkusowe przecenione z dwunastu na sześć funtów, i cóż z tego, że można wśród nich znaleźć małe chińskie paluszki, przecież też chcę mieć ładne buty, i dużo, i różnych, i być fajna.

      Doświadczeniem iście duchowym, przypominającym rekolekcje kościelne, z których chciało się wiać już po pięciu minutach, a jednak surowe oko katechetki u drzwi stojącej nie pozwalało- jest stanie w kolejce. Hm, poszłabym, ale już piętnaście minut postałam, to jeszcze poczekam. A nuż się ruszy. O, pół godziny. Nie wiem, co robią mózgi współstojących, mój jest jak dziecko, więc wyciągnęłam sobie już dawno książkę Ingeborg Bachmann ( kto nie zna, niech się wstydzi i biegnie do księgarni). Pisze ona zdania cudowne i co chwile są one zderzane z „excuse me”, z napierającym z lewa i prawa tłumem, z wieszakiem wbijanym mi między łopatki przez brytyjskie hipsterki, z zadeptywaniem przez rosyjską parę matka- córka (córka chce bikini ze złotym kółkiem, matka jej mówi, że może jednak całe złote- tak, stereotyp ożył), Boże, widzisz i nie grzmisz!

      Potem jest repetycja, drugie pół godziny spędzam w zawikłanej jak myśl Habermasa kolejce do kasy. Gdy dochodzę tam, brudna, spocona, zdyszana, z dwoma tiszertami po trzy funty i parą spodni za siedem oraz skarpetkami, kiedy wyciągam skołtunione jak nowonarodzone kocięta obiekty pożądania- zdarza się cud. Kasjerka z okolic Ugandy w dziwnym miksie angielskiego z tajemniczym narzeczem afrykańskim mówi mi: „do you really need all this clothes?”. Jakby powiedziała moja ukochana Libanka z pokoju obok: I swear to God. Tak jest. Tak mówi, z twarzą nieruchomą, jak Barciś w „Dekalogu”. W milczeniu pakuje mi te dwie bluzki, skarpetki i o, okazało się, że jeszcze majtki. Nie mówi dziękuję, do widzenia, miłego dnia i zapraszamy ponownie. Tylko patrzy.

      Jak już wchodzę i wiem, że muszę iść do metra, które jest duszniejsze niż metro berlińskie to, przyrzekam, chcę umrzeć.

      I podsumowanie, refleksja końcowa oraz bolesna diagnoza współczesności: tak to jest, jak człowiekowi nie wolno walczyć z lwami, zdobywać pożywienia i robić w polu. Jakkolwiek by to nie było śmieszne i naiwne, ufam, że świat sprzed wieku, w którym moi przodkowie dotykali własną ręką żyta i pszenicy, a nie chleba w Sainbury`s, miał mniejszy współczynnik choroby psychicznej. Mężczyźni, którzy przemierzali pieszo trasę do pracy, w której nie współżyli z laptopem, byli w jakiś sposób wewnętrznie bogatsi niż wyprasowani mężczyźni z teczkami wychodzący z metra o ósmej i wracający do niego o północy, równie wyprasowani i po siedmiu piwach przed nadchodzącym jak gilotyna dniem następnym (to jest główny element krajobrazu City w okolicach dwudziestej trzeciej, atrakcja godna polecenia). Primark jest współczesnością, w której idzie tylko zwariować, ponieważ zamknięto cię na iluśtam metrach kwadratowych z ludźmi, których nie rozumiesz, na zasadach, które są jasne i dające poczucie bezpieczeństwa w ogólnym chaosie i panice. Nikt nie wie, po co tu przyszedł, każdy coś kupił, choćby nawet nie chciał, każdy czuje pewnego rodzaju satysfakcję, bo przez chwilę, od wejścia do otrzymania paragonu, miał wyraźny cel.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      awakulik
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 lipca 2011 14:05